FANDOM


Pokemon inna historia początek 

Kiedy się przebudziłem był bezchmurny poranek. Widząc to postanowiłem jeszcze trochę przeleżeć żeby w pełni zebrać siły na dzisiejszy dzień. Obok mnie leżą też moje  pokemony Aggron i Mightyena. Kiedy wstałem I otrzepałem się ze siana to wziąłem łyk herbaty ze starego metalowego kubka którą zrobiłem wczorajszej i rozsunąłem zasłony ze w pół zasłoniętych na oścież i wyszedłem ze swej jaskini na plac gdzie jak co dzień pracuję i ćwiczę z innymi pokemonami. Mimo iż ma jaskinia jest ulokowana w głębi puszczy pomiędzy drogą 8 a 11 w Kanto to wcale się nie czuję się odosobniony, co to to nie. Od parudziesięciu lat mam tu wioskę w której mieszkają lub chwilowo przebywają tu pokemony, o ile dobrze pamiętam to są tu aktualnie około 174 pokemony. Ostatnio idzie dosyć dobrze bo nie ma problemów z ich liczeniem. Z powodu sprzyjającej pogody postanowiłem powiększyć plantację ziół które są używane tutaj do różnorakich zastosowań. Postanowiłem część herbacianą o nowe niedawno zdobyte nasiona ze ostatniego konwoju na drodze 6 podróżująca do Saffron gdzie jest spory popyt na towary luksusowe. Więc postanowiłem na początek rozporządzić 6 arów pola pod uprawę i zaciągnąć przyjaciół do pomocy. Bo zawsze szybciej będzie można się z tym uporać. 

Skończyłem część prac kiedy słońce dochodziło do zenitu bo co jak co ale lato i z taką pogodą nie sprzyja. Więc postanowiłem wrócić do jaskini gdzie panował dobry chłód i acz przed tym zahaczyć o bibliotekę po jaką książkę do zabicia dnia jak ten. Acz przyleciał Pidgay z informacją o wozie towarowym na drodze 6.  

A z czym jadą tym razem przecież w tym tygodniu pojedynczy już był, teraz powinny być w jednym konwoju 2 wozy z rybami i srebrem. Czy aby jeden się nie dołączył od drugiego? Się zapytałem zaineresowany. 

Nie , ten jest sam z trzema chłopami na wozie gdzie jeden siedzi na przyczepie. A poza tym to tylko kilka beczek. 

To oznacza to że iż w tych beczkach są transportowane ryby dla Carowej w Saffron. Ale czemu w beczkach skoro z Vermilion jest tylko 8 godzin drogi więc w 1 dzień na pewno zdąża dojechać. Chyba że podróżują z Lavender.  

No to czemu tą drogą a nie najprostszą przez drogę 8? Zapytał się bez w achania. 

No właśnie. Jak będziesz gotów to sprawdź całą drogę 8 i powiesz mi co się tam dzieje bo możliwe że z góry kamienie się zsunęły na drogę torując ją.  

A co ze wozem? 

Nic, dajcie mu spokojnie dojechać do celu. Po prostu przekaż komuś żeby naszych ze 6 zabrali do nas bo i tak nie będzie nic już tędy jechało tak samo na 8 zabierz naszych. Oparłem zaintrygowany sytuacją. 

A Pidgey kiwną głową i odleciał. 

Hm... czyżby powtórka ze 56? Ale na co tym razem? Pomyślałem i postanowiłem skierować się zamiast do jaskini to na arenę. 

Kiedy doszedłem do areny postanowiłem wspiąć na drzewo które jak zwykle właziłem jak chciałem po obserwować walki między pokemonami. Tym razem walczyli Houndoom i Tyranitar. Walka toczyła się długo acz Houndoom wygrał dzięki temu iż dobrze wymierzał kontrataki i uniki względem oponenta który z powodu iż był większy czuł się zbyt pewnie. Kiedy Houndoom odszedł i większość oglądaczy postanowiłem obejrzeć go w jak bardzo jest złym stanie. Od razu wziąłem się za oględziny nóg bo tam głównie tam obrywał. 

Tak jak sądziłem, nogi w wielu miejscach skruszone. Powiedziałem i wziąłem ze swej dolnej kieszeni fiolkę z zielonym płynem po czym za pasa wyciągnąłem nuż i wytarłem go o nogawkę. Po czym czubek ostrza przyłożyłem na górną część uda a drugą ręką otworzyłem fiolkę. Nie będę kłamał będzie bolało, bardzo bolało. Powiedziałem i głęboko wbiłem nuż w nogę i szubko rozciąłem ją aż do kolana i wlałem do rany po długości mieszankę. Tyranitar zawył mocno a z rany zaczęło dymić, więc doskoczyłem do drugiej nogi i zrobiłem to samo po czym kiedy oby dwie rany wydawały się jak by coś w nich głębiło rany Tyranitar zawył ciszej ale widocznie wszystkimi siłami jakimi miał po czym ciało się rozluźniło i znieruchomiało. Przykucnięty patrzyłem tak na niego chwilę a następnie odszedłem i oparłem się  o obrzeże areny i się o nie oparłem czekając. Ciecz jeszcze się chwile utylizowała acz po chwili przestał a rany się zasklepiły a potem Tyranitar łapczywie zaciągną powietrza i wstał pomagając sobie obolałymi rękoma. Dyszał tak dłuższy moment wpatrując się przed siebie i po pewnym czasie postanowił się rozejrzeć co się dzieje. I ruszył się wcale się mnie nie zauważając lub ignorując. Patrzyłem na niego jeszcze na niego aż całkowicie nie zniknął w gęstwinie lasu. Westchnąłem i odszedłem w swoją stroną do jaskini. 

Jaskinia była pusta i głucha więc wykorzystując chwilę siadłem przy biurku z lustrem i bałaganem na nim zrobionym z można powiedzieć ze wszystkiego, od drobnych narzędzi i osełek aż bo kubki i misy zdobione z gliny. Postanowiłem usiąść na stołku przed nim również patrząc na siebie w lustrze na którym była zawieszona moja metalowa maska. Nie myśląc długo odsunąłem szufladę i następnie sięgnąłem po konserwę bez etykiety żeby sprawdzić co ma tym razem i zjeść jej zawartość. Pierwsza była pechowa z powodu iż larwy się w niej zalęgły, odstawiłem puszkę na podłogę i roztworzyłem następną w której był groch wodę z niej przelałem do misy która była najbliżej mnie a groch zjadłem prosto z puszki. Kiedy skończyłem jeść kolację wróciłem do kończenia detali w medalion z kamieniem ewolucyjnym pioruna. Wszystkie pokemony się dziwiły czemu przykładam temu taką uwagę ale jest to odprężająca i pochłaniająca rzecz dla mnie. To była dla mnie przyjemność babranie się w szczegółach i detalach którzy nie wszyscy zobaczą na pierwszy rzut oka. Jest coś w tym dziwnie odprężającego. 

Noc była spokojna, tak samo jak jezioro koło mojego obozu. Mimo iż można było pomyśleć że to miejsce jest tragiczne na osiedlenie to jednak ja byłem tutaj pierwszy a poza tym to praktycznie nikt tu się nie wybierał bo jest tutaj trudno się dostać bo auta nie przejadą z powodu zbyt trudnego terenu oraz zalesienia. Z tego co ja wiem to tylko ja wiem o tym jeziorze stworzonym przez gigantyczny głaz w nocy spadających gwiazd. To ciało niebieskie jest tak wielkie że woda przykrywa go tylko w 1/3 całości. Na wschód jest rzeka łącząca jezioro z oceanem. Jedynie co musiałem zrobić to trochę pomóc naturze w stworzeniu jej z powodu iż duża część już była zrobiona przez ludzi którzy kiedyś jak jeszcze mieli działa i osoby umiejące obsługiwać je ostrzeliwali się nawzajem o terytorium w wojnie domowej. No ale dziury to zostały i nikt się nimi nie przejmował bo ziemia jest tam jałowa i nie zdatna do uprawy nawet ziemniaków. Nikt oprócz mnie bo wodom wody w jeziorze czasem tak wzrastał że mój tako znawczy port zalewało a czasem woda dochodziła do górnej części mieszkalnej wraz z moją jaskinią a do tego nie można było dopuścić. Więc z konwojów między miastowych które podróżują żeby co dziennie wymieniać się towarami bardziej potrzebnymi do życia jak jedzenie oraz budulec, to raz zaatakowałem wraz z pokemonami konwój który był chroniony przez o ile dobrze pamiętam setkę najemników z wieloma rodzajami oręża. Miecze, korbacze, partyzany, piki, włócznie, halabardy, łuki, kusze, czarno prochowce, Broń działająca na energię, karabiny, strzelby, psy oraz pokemony. Walka skończyła się tak szybko jak zaczęła się i to wszystko dzięki ludzkiej głupocie. Otóż kiedy oni maszerowali przy wozach niektórzy palili papierosy lub inne tego rodzaju rzeczy. Kiedy postanowiliśmy napaść na nich to niektórzy z powodu zaskoczenia opuścili swoje pety, dopóki w pełni nie odzyskałem sił nie mogłem wstać lecz w między czasie sobie uświadomiłem po co oni wszyscy tam byli. Wozy były obłożone po brzegi materiałami wybuchowymi oraz prochem strzelniczym. Kiedy leżałem tak dłuższą chwile mogąc jedynie słuchać co się dzieje jedyne co można było usłyszeć to żar ognia i zapach spalenizny. Kiedy wstałem o własnych siłach to ujrzałem jak dużo zniszczenia to spowodowało, ci którzy stali najbliżej wybuchu zostali rozczłonkowani na sieczkę a ci co dalej to też zmarli w skutek uderzenia od wybuchu ale oni zostali strawieni przez ogień który się zajął od traw, a cała reszta co przeżyła to uciekła nie wiadomo gdzie. Kiedy się głębiej przyjrzałem okolicy okazało się że nie ma pokemonów które zemną były, lecz to mnie nie zmartwiło bo wiedziałem że sobie sami poradzą. Natomiast zainteresowały mnie dwa wozy które zostały całe, nie wybuchły ponieważ oddaliły się od reszty o jakieś 50 metrów.  Konie w wozie przednim zdechły zapewne ze strachu a w tylnym były ranne oraz przemęczone, łatwo można to zobaczyć bo krwi cieknącą z pyska. Z powodu iż wiedziałem że nie będę z nich mieć żadnego pożytku postanowiłem je puścić wolno a z wozu zabrać najsilniejsze materiały i go zniszczyć przez podpalenie.  

Był środek nocy. W tą noc postanowiłem iść do Saffron City, żeby zebrać jeszcze parę rzeczy do mojej wyprawy oraz dać przypomnieć starej legendzie jeszcze jeden i ostatni raz w tym miejscu. Zabrałem więc maskę,  kurtkę dżinsową tak zwaną (katanę) oraz pas z bronią i narzędziami. Lecz zanim wyruszę w drogę przez gęstwinę napiszę notatkę dla moich przyjaciół żeby spakowali wioskę. 

Dla PG : Jest to moja pierwsza pasta więc proszę o odpowiedz jak to się czyta . To jest pierwsza część więc jak by co to się rozkręci . Starałem się żeby nie wyszła z tego gówniana pasta . Przyjmę każdą krytykę . 

Informacje o świecie , Jest to świat trocha przeze mnie zmieniony pod względem wielkości oraz jaki typ natury jest w danym miejscu ( las łąka itp ) . Jest to świat w którym jest broń palna jak i starodawna ale zarazem nowo powstała magia . Jeśli ni rozumiesz , spokojnie to będzie kontynuowane w historii . 

PS : Wiem że mam zjebaną interpunkcję . Stare przyzwyczajenie które się wzięło z szkoły podstawowej oraz tego iż nigdy nie stawiałem kropek przecinków blisko siebie tylko z tak zwaną spacją . Z tego co zauważyłem to błędy były głównie na początku w tym 1 akapicie . A potem to się jakoś naprawiło .Pokemon inna historia początek 

Kiedy się przebudziłem był bezchmurny poranek. Widząc to postanowiłem jeszcze trochę przeleżeć żeby w pełni zebrać siły na dzisiejszy dzień. Obok mnie leżą też moje  pokemony Aggron i Mightyena. Kiedy wstałem I otrzepałem się ze siana to wziąłem łyk herbaty ze starego metalowego kubka którą zrobiłem wczorajszej i rozsunąłem zasłony ze w pół zasłoniętych na oścież i wyszedłem ze swej jaskini na plac gdzie jak co dzień pracuję i ćwiczę z innymi pokemonami. Mimo iż ma jaskinia jest ulokowana w głębi puszczy pomiędzy drogą 8 a 11 w Kanto to wcale się nie czuję się odosobniony, co to to nie. Od parudziesięciu lat mam tu wioskę w której mieszkają lub chwilowo przebywają tu pokemony, o ile dobrze pamiętam to są tu aktualnie około 174 pokemony. Ostatnio idzie dosyć dobrze bo nie ma problemów z ich liczeniem. Z powodu sprzyjającej pogody postanowiłem powiększyć plantację ziół które są używane tutaj do różnorakich zastosowań. Postanowiłem część herbacianą o nowe niedawno zdobyte nasiona ze ostatniego konwoju na drodze 6 podróżująca do Saffron gdzie jest spory popyt na towary luksusowe. Więc postanowiłem na początek rozporządzić 6 arów pola pod uprawę i zaciągnąć przyjaciół do pomocy. Bo zawsze szybciej będzie można się z tym uporać. 

Skończyłem część prac kiedy słońce dochodziło do zenitu bo co jak co ale lato i z taką pogodą nie sprzyja. Więc postanowiłem wrócić do jaskini gdzie panował dobry chłód i acz przed tym zahaczyć o bibliotekę po jaką książkę do zabicia dnia jak ten. Acz przyleciał Pidgay z informacją o wozie towarowym na drodze 6.  

A z czym jadą tym razem przecież w tym tygodniu pojedynczy już był, teraz powinny być w jednym konwoju 2 wozy z rybami i srebrem. Czy aby jeden się nie dołączył od drugiego? Się zapytałem zaineresowany. 

Nie , ten jest sam z trzema chłopami na wozie gdzie jeden siedzi na przyczepie. A poza tym to tylko kilka beczek. 

To oznacza to że iż w tych beczkach są transportowane ryby dla Carowej w Saffron. Ale czemu w beczkach skoro z Vermilion jest tylko 8 godzin drogi więc w 1 dzień na pewno zdąża dojechać. Chyba że podróżują z Lavender.  

No to czemu tą drogą a nie najprostszą przez drogę 8? Zapytał się bez w wahania. 

No właśnie. Jak będziesz gotów to sprawdź całą drogę 8 i powiesz mi co się tam dzieje bo możliwe że z góry kamienie się zsunęły na drogę torując ją.  

A co ze wozem? 

Nic, dajcie mu spokojnie dojechać do celu. Po prostu przekaż komuś żeby naszych ze 6 zabrali do nas bo i tak nie będzie nic już tędy jechało tak samo na 8 zabierz naszych. Oparłem zaintrygowany sytuacją. 

A Pidgey kiwną głową i odleciał. 

Hm... czyżby powtórka ze 56? Ale na co tym razem? Pomyślałem i postanowiłem skierować się zamiast do jaskini to na arenę. 

Kiedy doszedłem do areny postanowiłem wspiąć na drzewo które jak zwykle właziłem jak chciałem po obserwować walki między pokemonami. Tym razem walczyli Houndoom i Tyranitar. Walka toczyła się długo acz Houndoom wygrał dzięki temu iż dobrze wymierzał kontrataki i uniki względem oponenta który z powodu iż był większy czuł się zbyt pewnie. Kiedy Houndoom odszedł i większość oglądaczy postanowiłem obejrzeć go w jak bardzo jest złym stanie. Od razu wziąłem się za oględziny nóg bo tam głównie tam obrywał. 

Tak jak sądziłem, nogi w wielu miejscach skruszone. Powiedziałem i wziąłem ze swej dolnej kieszeni fiolkę z zielonym płynem po czym za pasa wyciągnąłem nuż i wytarłem go o nogawkę. Po czym czubek ostrza przyłożyłem na górną część uda a drugą ręką otworzyłem fiolkę. Nie będę kłamał będzie bolało, bardzo bolało. Powiedziałem i głęboko wbiłem nuż w nogę i szubko rozciąłem ją aż do kolana i wlałem do rany po długości mieszankę. Tyranitar zawył mocno a z rany zaczęło dymić, więc doskoczyłem do drugiej nogi i zrobiłem to samo po czym kiedy oby dwie rany wydawały się jak by coś w nich głębiło rany Tyranitar zawył ciszej ale widocznie wszystkimi siłami jakimi miał po czym ciało się rozluźniło i znieruchomiało. Przykucnięty patrzyłem tak na niego chwilę a następnie odszedłem i oparłem się  o obrzeże areny i się o nie oparłem czekając. Ciecz jeszcze się chwile utylizowała acz po chwili przestał a rany się zasklepiły a potem Tyranitar łapczywie zaciągną powietrza i wstał pomagając sobie obolałymi rękoma. Dyszał tak dłuższy moment wpatrując się przed siebie i po pewnym czasie postanowił się rozejrzeć co się dzieje. I ruszył się wcale się mnie nie zauważając lub ignorując. Patrzyłem na niego jeszcze na niego aż całkowicie nie zniknął w gęstwinie lasu. Westchnąłem i odszedłem w swoją stroną do jaskini. 

Jaskinia była pusta i głucha więc wykorzystując chwilę siadłem przy biurku z lustrem i bałaganem na nim zrobionym z można powiedzieć ze wszystkiego, od drobnych narzędzi i osełek aż bo kubki i misy zdobione z gliny. Postanowiłem usiąść na stołku przed nim również patrząc na siebie w lustrze na którym była zawieszona moja metalowa maska. Nie myśląc długo odsunąłem szufladę i następnie sięgnąłem po konserwę bez etykiety żeby sprawdzić co ma tym razem i zjeść jej zawartość. Pierwsza była pechowa z powodu iż larwy się w niej zalęgły, odstawiłem puszkę na podłogę i roztworzyłem następną w której był groch wodę z niej przelałem do misy która była najbliżej mnie a groch zjadłem prosto z puszki. Kiedy skończyłem jeść kolację wróciłem do kończenia detali w medalion z kamieniem ewolucyjnym pioruna. Wszystkie pokemony się dziwiły czemu przykładam temu taką uwagę ale jest to odprężająca i pochłaniająca rzecz dla mnie. To była dla mnie przyjemność babranie się w szczegółach i detalach którzy nie wszyscy zobaczą na pierwszy rzut oka. Jest coś w tym dziwnie odprężającego. 

Noc była spokojna, tak samo jak jezioro koło mojego obozu. Mimo iż można było pomyśleć że to miejsce jest tragiczne na osiedlenie to jednak ja byłem tutaj pierwszy a poza tym to praktycznie nikt tu się nie wybierał bo jest tutaj trudno się dostać bo auta nie przejadą z powodu zbyt trudnego terenu oraz zalesienia. Z tego co ja wiem to tylko ja wiem o tym jeziorze stworzonym przez gigantyczny głaz w nocy spadających gwiazd. To ciało niebieskie jest tak wielkie że woda przykrywa go tylko w 1/3 całości. Na wschód jest rzeka łącząca jezioro z oceanem. Jedynie co musiałem zrobić to trochę pomóc naturze w stworzeniu jej z powodu iż duża część już była zrobiona przez ludzi którzy kiedyś jak jeszcze mieli działa i osoby umiejące obsługiwać je ostrzeliwali się nawzajem o terytorium w wojnie domowej. No ale dziury to zostały i nikt się nimi nie przejmował bo ziemia jest tam jałowa i nie zdatna do uprawy nawet ziemniaków. Nikt oprócz mnie bo wodom wody w jeziorze czasem tak wzrastał że mój tako znawczy port zalewało a czasem woda dochodziła do górnej części mieszkalnej wraz z moją jaskinią a do tego nie można było dopuścić. Więc z konwojów między miastowych które podróżują żeby co dziennie wymieniać się towarami bardziej potrzebnymi do życia jak jedzenie oraz budulec, to raz zaatakowałem wraz z pokemonami konwój który był chroniony przez o ile dobrze pamiętam setkę najemników z wieloma rodzajami oręża. Miecze, korbacze, partyzany, piki, włócznie, halabardy, łuki, kusze, czarno prochowce, Broń działająca na energię, karabiny, strzelby, psy oraz pokemony. Walka skończyła się tak szybko jak zaczęła się i to wszystko dzięki ludzkiej głupocie. Otóż kiedy oni maszerowali przy wozach niektórzy palili papierosy lub inne tego rodzaju rzeczy. Kiedy postanowiliśmy napaść na nich to niektórzy z powodu zaskoczenia opuścili swoje pety, dopóki w pełni nie odzyskałem sił nie mogłem wstać lecz w między czasie sobie uświadomiłem po co oni wszyscy tam byli. Wozy były obłożone po brzegi materiałami wybuchowymi oraz prochem strzelniczym. Kiedy leżałem tak dłuższą chwile mogąc jedynie słuchać co się dzieje jedyne co można było usłyszeć to żar ognia i zapach spalenizny. Kiedy wstałem o własnych siłach to ujrzałem jak dużo zniszczenia to spowodowało, ci którzy stali najbliżej wybuchu zostali rozczłonkowani na sieczkę a ci co dalej to też zmarli w skutek uderzenia od wybuchu ale oni zostali strawieni przez ogień który się zajął od traw, a cała reszta co przeżyła to uciekła nie wiadomo gdzie. Kiedy się głębiej przyjrzałem okolicy okazało się że nie ma pokemonów które zemną były, lecz to mnie nie zmartwiło bo wiedziałem że sobie sami poradzą. Natomiast zainteresowały mnie dwa wozy które zostały całe, nie wybuchły ponieważ oddaliły się od reszty o jakieś 50 metrów.  Konie w wozie przednim zdechły zapewne ze strachu a w tylnym były ranne oraz przemęczone, łatwo można to zobaczyć bo krwi cieknącą z pyska. Z powodu iż wiedziałem że nie będę z nich mieć żadnego pożytku postanowiłem je puścić wolno a z wozu zabrać najsilniejsze materiały i go zniszczyć przez podpalenie.  

Był środek nocy. W tą noc postanowiłem iść do Saffron City, żeby zebrać jeszcze parę rzeczy do mojej wyprawy oraz dać przypomnieć starej legendzie jeszcze jeden i ostatni raz w tym miejscu. Zabrałem więc maskę,  kurtkę dżinsową tak zwaną (katanę) oraz pas z bronią i narzędziami. Lecz zanim wyruszę w drogę przez gęstwinę napiszę notatkę dla moich przyjaciół żeby spakowali wioskę. 

Dla PG : Jest to moja pierwsza pasta więc proszę o odpowiedz jak to się czyta . To jest pierwsza część więc jak by co to się rozkręci . Starałem się żeby nie wyszła z tego gówniana pasta . Przyjmę każdą krytykę . 

Informacje o świecie , Jest to świat trocha przeze mnie zmieniony pod względem wielkości oraz jaki typ natury jest w danym miejscu ( las łąka itp ) . Jest to świat w którym jest broń palna jak i starodawna ale zarazem nowo powstała magia . Jeśli ni rozumiesz , spokojnie to będzie kontynuowane w historii . 

PS : Wiem że mam zjebaną interpunkcję . Stare przyzwyczajenie które się wzięło z szkoły podstawowej oraz tego iż nigdy nie stawiałem kropek przecinków blisko siebie tylko z tak zwaną spacją . Z tego co zauważyłem to błędy były głównie na początku w tym 1 akapicie . A potem to się jakoś naprawiło .

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki