FANDOM


Odsunięte od cywilizacji miasteczko przy granicy z Ukrainą. Nie ma tam wprawie cywilizacji. Wyobraźcie sobie, że mieszkała tam dziewczynka nosząca śliczne imię — Aniela. Mieszkała tam razem ze swoją matką i pięcioma siostrami w niedużym domu z obdrapaną elewacją. Utrzymywały się wszystkie z szycia ubrań i dzięki temu miały na chleb. Aniela była najmłodsza. Miała jedenaście lat. Jej matka była już sędziwą kobieciną, ale dobrą i uczynną. Zawsze pomagała sąsiadom i nigdy nie uskarżała się na swoje zdrowie, które mówiąc szczerze w najlepszym stanie nie było. Namawiana przez córki, kobieta miała iść już dawno na drugi koniec wioski do znachora, ale matka była już za słaba. Miała tylko sprawne palce i oczy, i wyszywała za pomocą igły i szpulki z nicią tak cudowne wzory, o których ludzkie oko nie śniło. Starsze siostry poprosiły pewnego razu Anielę, o to, aby poszła na koniec wsi i zwołała znachora do matki. Nie mając wyboru, Aniela zgodziła się. Matka miała pięćdziesiąt dwa lata. Wyglądała jeszcze starzej i chorzej niż niektóre siedemdziesięcioletnie babuszki. Ubrała swoje materiałowe buty, owdziała się w płaszcz i wyszła w porannym blasku słońca. Po drodze podziwiała piękną, orosiałą, błyszczącą trawę, aż nagle, w pewnym momencie, kiedy tylko przekroczyła połowę wioski, trafiła do tej jeszcze bardziej wyludniałej części. Nawet mucha nie śmiała tam bzyknąć. Od obecnej ciszy niemal odrazu przeszedł ją dreszcz. W tej części wsi mieszkał tylko znachor.

"Już niedaleko" pocieszała się dziewczyna. Mimo wieku, była najbardziej wykształconą osobą w wiosce. Uczyła się od kapłana w małym, tutejszym kościółku. Pokazywał jej wielkie księgi i wertowała je dotąd, aż wreszcie zrozumiała, co jest w nich umieszczone. Po krótkich wspomnieniach ze "szkoły", ujrzała w oddali mocarne, dębowe drzwi i chatę z ciemnego drewna. Podbiegła do nich najszybciej jak umiała i zastukała.

Po chwili otworzył jej obłąkany staruszek, ze wzrokiem wbitym w dal. Po paru sekundach zdał sobie jednak sprawę, że nie stoi tylko on sam. Spojrzał na Anielę, a ona się uśmiechnęła.

Staruszek tylko machnął niekulturalnie łapą, dając znak aby weszła.

— Czego tu chcesz? — zapytał zachrypniętym głosem.

— Moja mama, dobra kobiecina, potrzebuje znachora pomocy. — odparła dziewczynka.

— Ahh… Mogłem się tego spodziewać. Kolejny wieśniak zawraca mi głowę. — burknął do siebie, ale wysłuchał opowieści dziewczny.

— Przyjdę najdalej za trzy dni. Odliczaj od dzisiejszego, a teraz żegnam. Pracuję nad czymś bardzo ważnym. — powiedział, i w jego oczach znów pojawił się szaleńczy obłęd, a zielona strużka śliny popłynęła kącikiem ust. Zatrzasnął za nią drzwi z hukiem. Zaciekawiona co znachor ukrywał, zajrzała przez małe okienko do klitki staruszka. Zobaczyła jak szaleńczo się śmieje, trzymając w ręku fiolkę z zieloną substancją, która mocno bulgotała. Nagle kropelka wypłynęła poza butelkę i wylądowała na dłoni znachora. Jak oparzony upuścił butelkę, i próbował ugasić żar, a Aniela ujrzała okropny widok. Żrąca substancja rozwijała się w niesamowitym tempie. Widziała po kolei jak wyżera naskórek, skórę właściwą, tkankę mięśni, stopione żły i mięso, aż w końcu zaczęła przeżerać kość. Staruch krzyczał jak opętany, nijak nie udawało mu się zatrzymać substancji, a ona dobierała się coraz głębiej. Dziewczyna przerażona uciekła, zostawaijąc wrzeszczącego znachora zdanego tylko na siebie. Substancja przestała działać dopiero, kiedy przebiła rękę na wylot. Staruszek upadł. Purpurowa plama wokół jego osoby zaczynała się powiększać coraz bardziej. Tracił przytomność, ciemność nasuwała mu się na oczy. Umierał…

Aniela biegła ile sił w nogach, aż wreszcie wpadła do domu i wykrzyczała wszystko, że ledwo można było zrozumieć co mówi. Czuć było w tym strach... Siostry uwierzyły i cała szóstka leciała już pędem w stronę dębowej chaty. Wybiły małe okienko i zobaczyły obrzydliwy widok. Jedna z sióstr — Krystyna, mało nie zemdlała. Widziały żywą, zieloną wodę, która coraz szerzej i szerzej rozlewała się po ciele znachora, zostawiając po sobie krwawe mięso i gdzieniegdzie kości. Wydawało się, że właśnie skończyła, ale nie. Teraz skierowała się w stronę Michelle. Najstarszej z rodzeństwa. Zaczęła uciekać, aż w końcu substancja straciła nią zainteresowanie. Teraz kierowała się w stronę Anieli. Chciała uciekac, ale stała jak spraliżowana. Lęk ją ogarnął. Zarazem chciała się dowiedzieć co się stanie, ale z drugiej strony nie. Stała i patrzyła się na zieloną wodę, pozostawiającą po sobie dymiący się, wypalony ślad na drewnianej podłodze. Wreszcie z odrętwienia wydarła ją Pola, szarpiąc za rękę tak mocno, że omal nie upadła. Wreszcie odzyskała sprawność w nogach i zaczęła uciekać, ale maź nie dawała spokoju. Teraz Aniela przypomniała sobie, co czytała o czymś takim w jednej z ksiąg w kościele. Kwas… Tak. Okropna substancja, która wyżerała wszystko co stanęło jej na drodze, ale nic nie było o tym, ze owa substancja potrafi myśleć i ścigać. Tak. To był ten genialny wynalazek znachora, a teraz ich matka, biedna, schorowana staruszka siedziała w domu i umierała, a one były ścigane przez krwiożerczą wodę. Po drodze pochłonęła kilku wieśniaków zostawiając po nich tylko krwawą breję, lub małe szczątki kości. Obgryzała ludzi z taką łatwością, jak dwunogi obgryzały kurczaki. Siostry powoli traciły siły, ale maź nieubłagalnie płynęła naprzód. Musiały odpocząć. Nie chciały zginąć, ale innego wyjścia nie widziały. Ale nie mogły tego zrobić matce. Próbowały znowu biec, ale siły opuszczały je bez litości.

Kwas się zbliżał.

Nagle przed siostrami pojawiła się zmora. Wyglądała okropnie. Miała wyjedzone pół twarzy, z której kapała krew. Jej posklejane krwią włosy i poplamiona sukienka smętnie zwisały.

Nie wiedzieć dlaczego, ale pozostałe dziewczyny rozpoznały w niej swoją najstarszą siostrę — Karina.

— Dlaczego mi nie pomogłyście? — zpytała zjawa.

— Nie chciałyśmy zginąć! — krzyknęła zrozpaczona Sonia. Kwas był coraz bliżej.

— Tak. Nie chciałyście. Ja musiałam… Ahh… I dziękuję Soniu, że kiedy biegłam, potknęłam się o twoją podstawioną nogę.

— J-ja tylko ch-chciałam spowolnić t-trochę k-kwas. — szlochała dziewczyna, ale Kariny chyba wyżarło też serce, ponieważ jej długie paznokcie zaczęły wbijać się Soni w tętnicę. Kiedy je wyciągnęła, krew obryzgała wszystkie pozostałe, a Kwas ciągle się zbliżał. Nieubłagalnie. Coraz bliżej, i bliżej… Nagle Anielę olśniło. Przecież szpulka i igła znajdowały się w lesie! Tak! Skręciła nagle i pobiegła szybko wzdłuż łąki, nieopodal której znajdował się lasek. Nie wiedziała, czy legenda jest prawdziwa, i tak nie miała lepszego pomysłu. Zginęłaby, a tak może chociaż była jeszcze jakaś nadzieja. Po co ona szła do znachora? Czemu dała się namówić? Nie. Teraz nie było czasu na myślenie. Trzeba skupić się tylko na biegu. Powinna znaleźć spróchniały konar drzewa.

Kiedy coraz bardziej oddalała się od ścieżki, zobaczyła jeszcze jak zmora Kariny wbija Soni pazury w kark i przecina skórę. Jej siostra krzyczała jak najęta, ale Karina była za silna. Zaraz potem dopadł je Kwas. Zaczął opalać łydki Krystyny. Czuła okropne pieczenie. Chciała osłonić nogi sukienką, ale to spowodowało tylko to, że Kwas też ją spalił. Pozostawiła siostry biegnąc do lasu, aż znikły jej z oczu, kiedy zanurzyła się w jego cieniu. Biegła i biegła. Zaczynała opadać z sił, ale wizja życia motywowała ją do biegu. Usłyszała tuż za plecami jakieś kroki. Szybko się odwróciła, ale nic nie zobaczyła. Potem powoli zaczęła odwracać głowę spowrotem.

Jak spod ziemi wyrósł przed nią cżłowiek — a raczej kiedyś nim był. Teraz tylko po jego twarzy i mózgu została tylko krwawa dziura. Aniela krzyknęła, gdy zobaczyła, że jest z każdej strony otoczona wstrętnymi potworami. Niektóre miały obgryzione do kości ręce i nogi, a niektórym brakowało mięsa na twarzy. Zobaczyła swoją sąsiadkę. Zawsze roześmianą i skorą do pomocy, a teraz wyglądała jak krwawa papka. Była zjedzona do połowy. Nie wiadomo jakimi siłami, czołgała się na rękach, a z odgryzionego tułowia ciągnęły się flaki. W tej chwili można było zobaczyć, co Aniela zjadła na śniadanie. Zwróciła wszystko. Poczuła, że trzyma coś w dłoni. Popatrzyła, a to były… Szpulka i igła! Ale teraz było już za późno, zrobiła krok w tył, i się przewróciła. Zobaczyła o co. To była głowa… jej matki! Anieli łzy pociekły z oczu, a głowa kobiety powiedziała:

— To twoja wina.

A stojące gdzieś dalej siostry (a raczej to, co z nich zostało) powiedziały chórem:

— Teraz poczujesz, co my czułyśmy. — i wszystkie krwawe zmory zaczęły iść i pełznąć w stronę dziewczyny, która piszczała tak, że było ją słychać nawet w odludnionej części wioski.

Krzyczała z bólu, cierpienia i niesprawiedliwości, że zjadała ją własna matka, i rozrywały własne siostry. Po całym wydarzeniu, z Anieli zostały tylko pojedyńcze szczątki: oko i zwisające smętnie ze spróchniałego konara flaki.

A Kwas? Zwyczajnie wyparował, kiedy tylko wybiło południe.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki